Porno pod przykrywką?
"Bez litosci" Stevena R. Monroea to remake niesławnego "Pluję na twój grób" - jednego z najczęsciej banowanych filmów w kinach na całym świecie. Co prawda nie widziałem oryginału, ale po seansie wersji z 2010 roku, chyba nie mam ochoty, a raczej potrzeby wracania do tego gatunku w najbliżsyzm czasie.
Ten obraz to historia młodej Jennifer (Sarah Butler), która chcąc napisać kolejną książkę wynajmuje "domek w lesie" na skraju "małego miasteczka" gdzie miejscowi chłopcy umilają sobie czas na piciu piwa i dokonywaniu gwałtów na nieznajomych - ot tak, z nudów.
Cudzysłowów użyłem celowo, ponieważ cała historia, bohaterowie, miejsce akcji - to przetarte klisze, archetypy, które widzieliśmy już tyle razy, że nie ma sensu zastanawiać się dlaczego telefon bohaterki wpada do kibla i dlaczego nie uciekła po pierwszej nocy, kiedy ktoś wyraźnie kręcił się koło domu.
Reżyser też to świetnie wie, dlatego absolutnie nie stara się usprawiedliwiać fabularnych głupot - które w ten gatunek są raczej wpisane - a skupia się na najważniejszym w gatunku "torture porn", czyli na torture i porn. I to w róznych konfiguracjach.
Kto widział odświeżoną wersję "Ostatniego domu po lewej" Dennisa Iliadisa (moda jakaś, czy co?) znajdzie tu powtórkę z rozgrywki. Różnica jest taka, że film Monroea jest w moim odczuciu mniej komercyjny, bardzie ostrożny w środkach - w pracy kamery, montażu. Nawet dobór mało znanych aktorów wskazuje na to, że reżyser chciał aby widz choć przez chwilę znalazł się w filmowym lesie i poczuł się bezsilny jak główna bohaterka. Co prawda pośród obsady wyróżnia się jedynie Andrew Howard grający szeryfa, ale to absolutnie nie przeszkadza w czerpaniu "przyjemności" z seansu.
Na plus wychodzi również wybór Sarah Butler - koścista, ciemnowłosa dziewczyna bez hollywoodzkiej urody lepiej pasuje to tego mrocznego otoczenia, niż cycata blondynka z filmu Iliadisa.
Największym minusem jest chyba wtórność - bo ile razy można oglądać odcinanie członków i strzelanie w odbyt? Mnie się już znudziło.
Czy polecam? Jedynie fanom małych, bladych i zakrwawionych cycków biegających po lesie.
Moja ocena: 6/10
czwartek, 14 maja 2015
czwartek, 16 kwietnia 2015
Black Science 1 - recenzja
Pulpowa jazda bez trzymanki
Pierwszy tom nowej serii komiksowej Black Science to bezkompromisowa rozrywka, która pozwoli na spędzenie nudnego wieczoru w oparach scienece fiction w klimatach pulpowych.
Grant McKay - naukowiec stawiający ambicję ponad dobro rodziny, tworzy portal - "Latarnię". Portal ten jest bramą do nieskończonej ilości światów, którą jak sam mówi tworzą wybory poszczególnych istot. Wraz z ekipą naukową podróżuje w czasie i przestrzeni by powrócić do swojego świata.
Wszystkie sześć albumów tworzących pierwszy tom pokazuje potencjał, który drzemie w nowej serii. Szaleńcza podróż między wymiarami z jednej strony ukazuje ogromny talent rysownika Matteo Scalera, z drugiej wciąga sprawną opowieścią Ricka Remendera. Przyznam, że jest to moje pierwsze spotkanie z tymi twórcami, i podejrzewam że na tym się nie skończy. Remender w bardzo precyzyjny sposób rozwija historię (która zaczyna się od jednego trzęsienia ziemi a kończy na kolejnym), pozwala zapoznać się z bohaterami z perspektywy pierwszej osoby, a przy okazji nie zapomina o czytelniku, który z każdą stroną chce więcej! Natomiast rysunki Scalery w połączeniu z kolorami Whitea to osobny temat. W dobie minimalizmu, pasków, i komiksów składających się z czarnobiałych, koślawych kresek i kropek, ci panowie dają popis umiejętności, których pozazdrości absolutnie każdy kto zobaczy Black Science. Dla samych grafik warto posiadać ten album w swojej kolekcji. Dorzućcie do tego wartką akcję i mamy przepis na deszczowy weekend.
Nie wahajcie sie ani chwili - Grant McKay i jedgo zakręcone przygody czekają na odkrycie!
Moja ocena: 8/10
wtorek, 7 kwietnia 2015
"Elizjum" - recenzja
Ale to już było...
Po "Dystrykcie 9" większość moich znajomych pytała wujka Googla: kto to jest Neill Blomkamp i kiedy zrobi następny film? A na ten ruch musieliśmy czekać niestety dość długo. Co zaserwował nam pan Neill tym razem? Otóż odgrzanego kotleta, którego jednak ze smakiem można spałaszować.
Max – bohater Matt Damona – to, jak to w takich przypadkach bywa, twardy skurczybyk, dla którego obecnie liczy się gwarancja utrzymania pracy, przynajmniej do końca okresu zwolnienia warunkowego. Dowiadujemy się, że w przeszłości utrzymywał się z drobnych kradzieży i rozbojów, by potem przeżyć oświecenie i powrócić na ścieżkę Dobra. Wraz z innymi robotnikami, w przeludnionej fabryce, na przeludnionej Ziemi usiłuje spłacić swój dług wobec społeczeństwa. W pewnym momencie jesteśmy świadkami wypadku, który zmusza Maxa do podjęcia dramatycznej decyzji, tj. uczestnictwa w samobójczej misji na Elizjum – stację kosmiczną, na której piękni i bogaci byli mieszkańcy Ziemi ułożyli sobie życie.
To, co od początku rzuca się w oczy, to zdecydowanie większy rozmach niż w przypadku "Dystryktu 9". Ujęcia wyniszczonej planety zamieszkałej przez brudnych ludzi przebywających w slumsach w zderzeniu ze sterylnym wręcz, ale przepięknym Elizjum, co chwila wywoływały czyjeś "Wow!". Było to możliwe dzięki grubym milionom od studiów Tristar i MRC, za co reżyser musiał, powiedzmy to na głos, dawać ciała w warstwie fabularnej. Twardziel z wyrokiem, którego jedyną szansą jest "ostatni skok", po którym wszystko się ułoży? Było. Dylematy moralne między tym, co musi zrobić, a tym, co powinien? Było. Samą wizję dwóch światów – tego dla uprzywilejowanych bogaczy i tego dla całej reszty znamy z wielu produkcji, choćby z "Wehikułu czasu" z 1960 roku. I choć tym razem przywódcą Elojów zostaje Jodie Foster, historia nie zaskoczy nas oryginalnością.
Od początku do końca wiemy, kto jest dobry, a kto zły. Kto musi zginąć w środku, a kto na końcu seansu. Kto musi powiedzieć: "Nie rób tego, to czyste szaleństwo!" i kto odpowie: "Nie mam wyboru". Chyba nie zdradzę za dużo, jeśli powiem, że finałowa walka między największymi chojrakami rozegra się na pięści, czyli w starym dobrym stylu filmów akcji z lat 90.
Czy film ma wobec tego jakieś zalety? Oczywiście, i to sporo. Najważniejsze to wspomniane przepiękne zdjęcia i dobra, dopasowana ścieżka dźwiękowa. Pierwszemu spotkaniu widzów z Elizjum towarzyszy muzyka klasyczna, natomiast podziemnym garażom i starciom na Ziemi cięższa, elektroniczna dawka muzyki spod znaku dubu i durm & bass. Nie można nie wspomnieć o rewelacyjnych efektach specjalnych. Szczególnie zapadają w pamięć szczegółowe modele statków (mnie kojarzyły się trochę z "Prometeuszem") oraz realistycznie animowane roboty. Smakołykiem dla fanów gatunku będą pomysłowe gadżety używane głównie do walki, a także nawiązania do innych tytułów filmowych i growych, które nie są dosłowne, przez co bardziej interesujące.
Aktorstwu nie można nic zarzucić. Co ciekawe, postaci Matta i Jodie są zagrane tylko poprawnie, natomiast czarne charaktery Williama Fichtnera i Sharlto Copleya to aktorskie perełki. Kruger to psychopata, którego z przyjemnością dołączycie do grona waszych ulubionych.
W podsumowaniu film wychodzi na plus. "Dystrykt 9" było popisem oryginalności i operatorskim eksperymentem. W "Elizjum" Blomkamp przesunął akcenty, pisząc bezpieczny, zjadliwy dla wszystkich scenariusz, stawiając na efekty, akcję i ciekawą wizję świata przyszłości. Jeśli jesteście gotowi przełknąć spore uproszczenia i umówić się z reżyserem na komiksową konwencję, będziecie się naprawdę dobrze bawić.
Moja ocena: 7/10
Po "Dystrykcie 9" większość moich znajomych pytała wujka Googla: kto to jest Neill Blomkamp i kiedy zrobi następny film? A na ten ruch musieliśmy czekać niestety dość długo. Co zaserwował nam pan Neill tym razem? Otóż odgrzanego kotleta, którego jednak ze smakiem można spałaszować.
Max – bohater Matt Damona – to, jak to w takich przypadkach bywa, twardy skurczybyk, dla którego obecnie liczy się gwarancja utrzymania pracy, przynajmniej do końca okresu zwolnienia warunkowego. Dowiadujemy się, że w przeszłości utrzymywał się z drobnych kradzieży i rozbojów, by potem przeżyć oświecenie i powrócić na ścieżkę Dobra. Wraz z innymi robotnikami, w przeludnionej fabryce, na przeludnionej Ziemi usiłuje spłacić swój dług wobec społeczeństwa. W pewnym momencie jesteśmy świadkami wypadku, który zmusza Maxa do podjęcia dramatycznej decyzji, tj. uczestnictwa w samobójczej misji na Elizjum – stację kosmiczną, na której piękni i bogaci byli mieszkańcy Ziemi ułożyli sobie życie.
To, co od początku rzuca się w oczy, to zdecydowanie większy rozmach niż w przypadku "Dystryktu 9". Ujęcia wyniszczonej planety zamieszkałej przez brudnych ludzi przebywających w slumsach w zderzeniu ze sterylnym wręcz, ale przepięknym Elizjum, co chwila wywoływały czyjeś "Wow!". Było to możliwe dzięki grubym milionom od studiów Tristar i MRC, za co reżyser musiał, powiedzmy to na głos, dawać ciała w warstwie fabularnej. Twardziel z wyrokiem, którego jedyną szansą jest "ostatni skok", po którym wszystko się ułoży? Było. Dylematy moralne między tym, co musi zrobić, a tym, co powinien? Było. Samą wizję dwóch światów – tego dla uprzywilejowanych bogaczy i tego dla całej reszty znamy z wielu produkcji, choćby z "Wehikułu czasu" z 1960 roku. I choć tym razem przywódcą Elojów zostaje Jodie Foster, historia nie zaskoczy nas oryginalnością.
Od początku do końca wiemy, kto jest dobry, a kto zły. Kto musi zginąć w środku, a kto na końcu seansu. Kto musi powiedzieć: "Nie rób tego, to czyste szaleństwo!" i kto odpowie: "Nie mam wyboru". Chyba nie zdradzę za dużo, jeśli powiem, że finałowa walka między największymi chojrakami rozegra się na pięści, czyli w starym dobrym stylu filmów akcji z lat 90.
Czy film ma wobec tego jakieś zalety? Oczywiście, i to sporo. Najważniejsze to wspomniane przepiękne zdjęcia i dobra, dopasowana ścieżka dźwiękowa. Pierwszemu spotkaniu widzów z Elizjum towarzyszy muzyka klasyczna, natomiast podziemnym garażom i starciom na Ziemi cięższa, elektroniczna dawka muzyki spod znaku dubu i durm & bass. Nie można nie wspomnieć o rewelacyjnych efektach specjalnych. Szczególnie zapadają w pamięć szczegółowe modele statków (mnie kojarzyły się trochę z "Prometeuszem") oraz realistycznie animowane roboty. Smakołykiem dla fanów gatunku będą pomysłowe gadżety używane głównie do walki, a także nawiązania do innych tytułów filmowych i growych, które nie są dosłowne, przez co bardziej interesujące.
Aktorstwu nie można nic zarzucić. Co ciekawe, postaci Matta i Jodie są zagrane tylko poprawnie, natomiast czarne charaktery Williama Fichtnera i Sharlto Copleya to aktorskie perełki. Kruger to psychopata, którego z przyjemnością dołączycie do grona waszych ulubionych.
W podsumowaniu film wychodzi na plus. "Dystrykt 9" było popisem oryginalności i operatorskim eksperymentem. W "Elizjum" Blomkamp przesunął akcenty, pisząc bezpieczny, zjadliwy dla wszystkich scenariusz, stawiając na efekty, akcję i ciekawą wizję świata przyszłości. Jeśli jesteście gotowi przełknąć spore uproszczenia i umówić się z reżyserem na komiksową konwencję, będziecie się naprawdę dobrze bawić.
Moja ocena: 7/10
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


